niedziela, 17 listopada 2013

Rura

Po browar wyjdę jeszcze dziś
I sprawdzę rozkład autobusów
By móc spokojnie znowu śnić
Trasę z przymusu do przymusu

I gdy kolejne przyjdą dni
Obsrańców bez krzty animuszu
Uwierz odjadę choćby dziś
Jednym z zapadłych autobusów

Wczorajszy

Wstyd mi dziś za chemiczny skład moich myśli
ponad dwa promile bzdur
na syntetycznym barszczu
moich marzeń...

Z dugiej strony rury

W mym papierowym garniturze
Idąc
Przesuwam raz prawą
                 Raz lewą nogę
Po śnieżnym płótnie białego przesłania

I pomiędzy jedną, a kolejną
Butelką przymusu z procentem
Układam się do snu
Pełen bezlitosnej pokory

Zmrożony

w niskim od świata
zmarznięntym igloo
z dłońmi wbitymi  w cieknący sufit
wydycham przez rurkę
wczorajsze marzenia
                     ...zasysam mróz

spoglądam w dziurę
oknopodobną
gdzie myśli biegną
codziennie o świcie
i widzę śnieg sztuczny jak ubiegłą środę
i twarz
i zdziwienia kłodę
co belką w oku się osadza.

Posprzątane

W kąt odłóż mnie tam
Gdzie ramieniem swym nie sięgniesz
Kamieniem przygnieć do dna

Na jednej z ostatnich stron
Zaznacz kawy wczorajszej smak
Starą szmatą plamę rozetrzyj od tak

Potem lekko wstań
Głową skiń, ręką fal
Przełącz w off
I w dal

Na emocje kewlar włóż

Gdy ręki mej kawał oderwiesz od tak
I z mięśnia przy sercu zrobisz znów czołg
Co pancerzem rozbijał będzie
Tkliwości ostatnie ostoje
Zabierz ode mnie rozum też w dal
Co kłaść mnie będzie chciał
Gdy stoję
Na emocje kewlar włóż
--

Bieda

Lśnią gwoździe czarnego nieba płutna
I gdyby ta czerń nie taka pokutna
Kaloryfer z pluszu przynajmiej
Ta góra wciąż na dół
A schody nie kręte
Nie zwisał by księżyc podpierany prętem.

Letni TOI TOI

Z nader pnia
Dni wczorajszych dnia
Rozedrę niebo w pół
By raz jeszcze spojrzeć
Na tego lata stół
Spod spodka kawy
Wczoraj rozlanej
Obrus wyrwę na raz
By plamy bzdur i cukier z ust
Sprać w pokory strumieniu

Wypożyczalnia

Boga wypożyczę od zaraz
Oddam, podstawię na adres
Z aniołem gratis w pakiecie
Powinniście chcieć
Chcecie?
Wszechmocny i nie ogarnięty
Nowy jeszcze
W pudle
Nigdy nie wyjęty
Darmo! Tylko dziś!
Na dzień bądź dwa
Ewentualnie trzy!
Z instrukcji książeczką
Referencji  teczką
Ze składanym ołtarzem
Ozdobnym lichtarzem
Oddam od ręki!
Nie wzruszę się wcale.
Tak jakoś po prostu.
Po karnawale.

Lekka Noc

Zrazu takiego jako 
takiego obrazu nigdy 
nie widziałem. Niejednokrotnie 
jednak w przedsionka 
szybie 
przedsięwziąć 
widok ten chciałem.

Myj ręce

Zgaś światło
Złóż ręce
W pacierzu na amen
Zaciągnij
Rozporek fundament
Gdy wzejdziesz
Znów słońcem
Po którejś kolejce
Nadejdzie cholerny poranek

Pobudka

Żyją wciąż jeszcze geniusze
To ja tak obok 
bo w sumie nie muszę
Bo dają sobie wspaniale radę
Trochę odpuszczę -- trochę siebie na to kładę
Niech pośpiewają i mówią i grają jeszcze nieco
Klecą, tańczą, chcą to niech lecą
A ja z boku
Na pana i panią z półmroku
Spod byka
Przy lampce taniego wina
Popatrzę sobie
Ot, westchnę co czas jaki
Dodam od siebie
Chełst
Splunę
Wykrztuszę
Bo moi drodzy
Bo ja nie muszę

Poproszę

Przy pierwszej z nie lepszych względnie sytuacji 
na białej kafli 
brązem 
w ubikacji kreślę kolejnych mych życia dni plany
Jak gdyby radosny, mniej ujarany…
Z hipsterskim amen z tabletu pacierzem
Odłożyłem się w podłogę.
Dajcie spokój. Niech leżę…

W ręczniku zaklęty szmaty potwór

Przy progu spłynęła wody kropla w krawędź
Ku drzwiom powoli sunie ku wolności
Kręci, świdruje, udając nurt bystry
Co dzień, co noc, na nowo
I już w pół ćwiartki kafli szarej
W trzy czwarte roztarta w betonie fugi 
--
  Szmata.